niedziela, 12 września 2010

guz

Wielki na polowe czola,zdobyty dzisiaj na jednej ze scian.
Zahuczalo,ze hoho.
Pociekly lzy,akcja ratunkowa blyskawiczna,w ruch poszly wszystkie mrozonki :P
Tato nawet chcial jechac do lekarza...z guzem :P
Na poczatku zwatpilam i chcialam ulec pomyslowi,ale oprzytomnialam i uswiadomilam mezowi,ze guzy sa rzecza normalna u dzieci,wiec dalismy lizaka,lzy przestaly cieknac i pojawil sie usmiech,a za chwile juz nikt nie pamietal o tym przykrym zdarzeniu..no moze nie do konca,bo fioletowa sliwka nie daje tak latwo zapomniec ;)


..btw,wczoraj poszedl spac o 2 w nocy!

2 komentarze:

W drodze... pisze...

Mam nadzieję, że z Fariskiem będzie wszystko w porządku. A specjalnie dla Ciebie porobię jakieś jesienne fotografie i co jakiś czas będę wrzucać na bloga :) Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam niedzielnie :)
ps. Moja pociecha też się rozchorowała, jutro nie idzie do szkoły - a ja muszę :P

Margaux pisze...

bolesna nauka zycia ...dobrze ze do wesela sie zagoi :D :D :D ;))) :)))) buziole dal biednego Farisa :*